Blog poświęcony wydarzeniom na Bliskim Wschodzie z perspektywy byłego korespondenta.
Kategorie: Wszystkie | Egipt | Iran | Izrael | Liban | Palestyńczycy | Syria
RSS
wtorek, 29 grudnia 2009
Zapowiada się ciekawy rok

Rok 2009 kończy się na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej tak, jak się rozpoczął, czyli rozlewem krwi. Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku uwaga świata również będzie się skupiać na tej niespokojnej części globu. Rok 2010 będzie niezwykle ważny szczególnie dla Iranu i Afganistanu. Może los uśmiechnie się też do Palestyńczyków?

Śmiało można powiedzieć, że zabiegi wokół irańskiego programu nuklearnego są najważniejszą, toczącą się rozgrywką dyplomatyczno – militarną na świecie. Z jednej strony Zachód na czele ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem nie może pogodzić się z uzyskaniem broni atomowej przez Teheran, a równocześnie nie potrafi temu zapobiec. Skuteczność sankcji jest wątpliwa zwłaszcza, że Chiny czy Rosja nie są ich wielkimi zwolennikami. Opcja militarna jest równie problematyczna. Izraelowi trudno będzie przeprowadzić taką operację samodzielnie, a wsparcie Waszyngtonu jest mało prawdopodobne. Część komentatorów twierdzi, że Izrael mógłby rozpocząć konflikt a następnie „przekazać” go Ameryce. Co, jeśli Barak Obama nie przyjmie „prezentu”? Historia Bliskiego Wschodu pokazuje, że państwo żydowskie nie wdaje się w awantury, których nie może samodzielnie rozstrzygnąć. Tymczasem Iran po mistrzowsku wykorzystuje różnice interesów głównych graczy na arenie międzynarodowej, zdobywając czas i wytrwale dążąc do uzyskania technologii umożliwiających budowę broni atomowej.

Wyraźnie rysują się napięcia wewnątrz Iranu. Coraz więcej mieszkańców tego kraju ma dosyć izolacji. Rządzący, konserwatywny Ajatollah Ali Khamenei i jego sojusznik, prezydent Ahmadinedżad, nie zamierza ustępować. W obliczu niesłabnących protestów reżim w Teheranie ucieka się do coraz bardziej brutalnej taktyki. Padają zabici, mnożą się aresztowania, próby zastraszenia. Nic nie wskazuje jednak na to, aby przez Iran miała przetoczyć się „demokratyczna rewolucja”. Opozycji nie chodzi o odejście od teokratycznego systemu rządów. W końcu symbolizujący opozycję, przegrany kandydat na prezydenta Mir Hossain Mussawi, dawny premier i jeden z inicjatorów programu nuklearnego, do niedawna uważany był za konserwatystę.

Podobnie jak w Iranie, także w Afganistanie najbliższy rok może na długo zaważyć na losach kraju. Jeżeli Amerykanom ,  NATO i rządowi w Kabulu uda się połączyć skuteczność militarną z dialogiem z maksymalnie dużą liczbą partnerów i z pomocą gospodarczą, to prezydent Obama ma szansę spełnić obietnicę rozpoczęcia wycofywania wojsk w 2011r. Jeżeli strategia ta nie przyniesie rezultatu, Afganistan może pozostać polem walki na kolejne lata, jeśli nie dekady, a Zachód będzie musiał poważnie zastanowić się, co jest bardziej bolesne: długoletni konflikt i stosunkowo niewielka, lecz stale rosnąca liczba ofiar, czy przyznanie się do porażki i ucieczka ze wszystkimi tego konsekwencjami.  Sytuację komplikuje niestabilny Pakistan. Losy Kabulu i Islamabadu są ściśle powiązane. Sukces w Afganistanie nie jest możliwy bez osłabienia ekstremistów w Pakistanie. Porażka w jednym z tych krajów będzie miała wielki wpływ na jego sąsiada.

Niewiele obiecywać można sobie po martwym od dawna izraelsko-palestyński procesie pokojowym. Próby reanimacji zawiodły. Także nadzieje na wskrzeszenie nieboszczyka przez nowego „cudotwórcę” z Waszyngtonu spełzły na niczym. Spokój jest złudny. Nierozwiązane spory powodują narastanie napięć nie tylko między Izraelczykami i Palestyńczykami, lecz także Fatahem i Hamasem. Pomimo tego, że Izraelczycy cieszą się, że rok 2009 był najspokojniejszy od wielu dekad, cisza może zostać przerwana w każdej chwili. Nie słabną także napięcia w Libanie. Walki wybuchły nawet na granicy pomiędzy Arabią Saudyjską a Jemenem, który zajmuje ważne miejsce na mapach generałów śledzących Al-Kaidę.

Nadzieję budzi natomiast Irak. Spada liczba zamachów i ofiar. Sytuacja w kraju powoli stabilizuje się. Liczba zagranicznych żołnierzy powoli maleje. Paradoksalnie, Bagdad powoli dźwigający się z wieloletniego chaosu budzi niepokój w sąsiednich stolicach. Teheran i Rijad niechętne są odbudowie wpływów potencjalnego, ogromnego dostawcy ropy naftowej. Na Bliskim Wschodzie zawsze należy się liczyć z niespodziankami. Ekstremiści i organizacje spod znaku Al-Kaidy działają i od czasu do czasu o sobie przypominają. Należy mieć tylko nadzieję, że będą mało skuteczni. Spokoju w Egipcie czy Syrii nie można uważać za pewnik. Tam zawsze może się coś zdarzyć tak, jak w wiecznie niestabilnej izraelskiej polityce.

Rok 2010 będzie ważny i ciekawy na szeroko postrzeganym Bliskim Wschodzie. To, co dzieje się w tej części świata ma wpływ także na nasze życie nie tylko dzięki cenom ropy czy obecności polskich żołnierzy w jednym czy drugim kraju, lecz także poprzez zaangażowanie najważniejszych, światowych potęg w toczące się tam rozgrywki. Przykładem może być „nasza” tarcza antyrakietowa. Dlatego w nadchodzącym roku warto będzie od czasu do czasu oderwać się od sondaży prezydenckich i komisji śledczych, aby rzucić okiem na to, co dzieje się kilka tysięcy kilometrów na południowy wschód od Wisły.

21:22, jarkorath
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 grudnia 2009
Dwie Palestyny

Pomimo kolejnych rund „negocjacji pokojowych” pomiędzy Autonomią Palestyńską a Hamasem przepaść pomiędzy Zachodnim Brzegiem Jordanu a Strefą Gazy pogłębia się. Jest to jeden z podstawowych powodów, dla których proces pokojowy w formie, jaką znamy z przeszłości nie ma sensu. Paradoksalnie, mieszkańcy obu terytoriów wydają się akceptować zaistniałą sytuację dopóki daje im ona poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa.

Wyniki sondażu opublikowanego przez Palestyńskie Centrum Polityki i Badania Opinii Społecznej wskazują na to, że stabilizacja jest najbardziej pożądaną wartością wśród Palestyńczyków. Ponad 63% mieszkańców Zachodniego Brzegu Jordanu czuje się bezpiecznie, co przekłada się na ponad 50% poparcie dla prezydenta Abbasa. Co więcej, sytuacja gospodarcza mieszkańców Autonomii pierwszy raz od wielu lat poprawiła się. Spadła także liczba incydentów zbrojnych i rajdów izraelskiej armii. Przede wszystkim jest to skutkiem przewyższającej wszelkie oczekiwania skuteczności służb bezpieczeństwa Autonomii. Palestyńscy policjanci szkoleni i wyposażani przez Zachód dużo lepiej radzą sobie z terrorystycznymi komórkami Hamasu niż służby izraelskie. Dzięki temu znacznie zmalało zagrożenie przejęcia kontroli nad Zachodnim Brzegiem Jordanu przez islamistów. Cynicy twierdzą, że ryzyko utraty władzy na rzecz Hamasu bardziej zmotywowało do działania władze Autonomii niż cierpienia ludności.

Nie bez znaczenia jest również amnestia dla działaczy Fatahu, a zwłaszcza Brygad El-Aksa. W zamian za przejście „do cywila” Izrael zgodził się odstąpić do ścigania kilkuset dawnych terrorystów. Najbardziej znanym z nich jest Zaharia Zubeidi, legendarny dowódca palestyńskiej milicji z okolic Dżeninu, który przez lata uchodził z życiem z izraelskich zasadzek, równocześnie organizując ataki na żołnierzy i osadników. Teraz wrócił do żony i dziecka i realizuje marzenie swojego życia – prowadzi warsztaty teatralne dla palestyńskiej młodzieży.

Paradoksalnie, 65% mieszkańców Strefy Gazy również czuje się bezpiecznie. Hamas kontrolujący tę enklawę od przewrotu w lipcu 2007r. umocnił swoją pozycję z jednej strony bezwzględnie rozprawiając się z opozycją i gwarantując minimalne warunki życia dla prawie 1,5 miliona Palestyńczyków odciętych od reszty świata. Ok. 80% mieszkańców Strefy Gazy żyje poniżej granicy ubóstwa, a przetrwanie zapewniają im islamskie organizacje charytatywne wspomagane przez darczyńców z całego świata. Co prawda liczba Palestyńczyków gotowych głosować na Hamas jest mniejsza od zwolenników Fatahu, ale to islamistom nie przeszkadza. Po pierwsze opozycja nie ma praktycznie możliwości działania w Gazie, a po drugie, Hamas nie zamierza zezwolić na zorganizowanie na swoim terenie zapowiedzianych na styczeń wyborów prezydenta i do parlamentu Autonomii. Ponadto islamiści mają jeszcze asa w rękawie – izraelskiego kaprala Gilada Shalita. Jeżeli złagodzą nieco swoje stanowisko, to w zamian za jego uwolnienie z izraelskich więzień zostanie wypuszczonych kilkuset Palestyńczyków. Zdjęcia autobusów pełnych uwalnianych więźniów są świetnym sposobem na poprawianie wyników w sondażach.

Wiele wskazuje na to, że podział Autonomii na dwa niezależne, a niekiedy wrogie terytoria umocni się. Styczniowe wybory mogą tę separację  utrwalić. Sponsorowane przez Kair rozmowy pomiędzy Fatahem i Hamasem nie przynoszą żadnych efektów. Do niedawna jedynym, prawdopodobnym sposobem na zjednoczenie było przejęcie przez Hamas kontroli nad Zachodnim Brzegiem Jordanu. Mogłoby to doprowadzić do ostatecznego zdławienia Autonomii przez Izrael. Ta groźba została oddalona. Nikt nie potrafi jednak odpowiedzieć na pytanie, co dalej? Brak pomysłów jest obecnie najpoważniejszą przeszkodą na drodze do rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiej. Rząd w Jerozolimie postawił na trwanie. Status quo pozwala Beniaminowi Netaniahu lawirować i skutecznie niweczyć pomysły Waszyngtonu. Netaniahu utrzymuje się u władzy, a równocześnie umacnia żydowskie osadnictwo. Hamas sponsorowany przez Iran okopuje się w Gazie. Zachodni Brzeg Jordanu przeżywa okres stabilizacji. Jak długo?  Do głowy przychodzą porównania geologiczne… uśpione wulkany… powoli narastające napięcie pomiędzy płytami sejsmicznymi… Historia konfliktu bliskowschodniego, podobnie jak geologia, uczy, że wcześniej czy później dojdzie do trzęsienia ziemi. Jest to tylko kwestią czasu.

piątek, 06 listopada 2009
Symboliczne zwycięstwo

Izraelscy komandosi zajęli u wybrzeży Cypru kontenerowiec przewożący irańską broń dla libańskiego Hezbollahu. Akcja jak z sensacyjnego filmu. Gra wywiadów, siły specjalne, terroryści. Wojna i tajemnice. Nie jest to jednak historyczny sukces, tylko symboliczne zwycięstwo w długiej wojnie bez szans na szybkie zakończenie.

Wejście izraelskiego komanda morskiego na pokład kontenerowca Francop było wydarzeniem spektakularnym, lecz nie najciekawszym w całej tej historii. W końcu jak trudne dla grupy świetnie wyszkolonych komandosów może być przejęcie nieuzbrojonego statku? Dużo bardziej interesująca jest wcześniejsza praca izraelskiego wywiadu. Broń musiała zostać kupiona na rynku lub pochodzić z magazynów, najprawdopodobniej irańskich.  Ukryta w  kontenerach z workami z polietylenem trafiła drogą morską, przez Dubai i Kanał Sueski do Egiptu, gdzie stała przez kilka dni w porcie Damietta, zanim trafiła na pokład niemieckiego statku Francop pływającego pod banderą Antiguy. Kontenerowiec pokonujący rutynową trasę przewozową popłynął do Limassol na Cyprze skąd udał się w drogę do Bejrutu. Po drodze został jzatrzymany i skierowany do izraelskiego portu w Aszdodzie. Ładunkowi towarzyszyły fałszywe listy przewozowe, bo przecież kraj objęty embargiem na sprzedaż broni (Iran) nie może legalnie dostarczać uzbrojenia organizacji powszechnie uznawanej za ugrupowanie terrorystyczne (Hezbollah). Mimo to okazuje się, że gdzieś po drodze działa szpieg, który przekazał swoim mocodawcom cenne informacje. Zapewne nastąpiło to na etapie skupowania broni lub organizowania transportu. Trudno sobie wyobrazić, aby Amerykanie nie uczestniczyli w namierzaniu i śledzeniu kontrabandy. Wygląda na to, że Mossad i zaprzyjaźnione z nim wywiady sięgają daleko, a  irański kontrwywiad ma problem…

Sama przesyłka nie była niczym ciekawym. Kilkaset ton niekierowanych  pocisków rakietowych, pocisków moździerzowych, granatów, amunicji do AK-47… Nic szczególnie cennego. Hezbollah rozpoczął wojnę w 2006r. mając ok. 12 000 rakiet różnego typu, z czego ok. 4 000 wystrzelił na Izrael. Amman,  izraelski wywiad wojskowy, ocenia, że obecnie Hezbollah ma ok. 40 000 rakiet. Dlatego strata 3 000 rakiet przechwyconych na Francopie niewiele zmienia. Jednak skala przerzutu niepokoi armię państwa żydowskiego. Skoro do Hezbollahu docierają statki z rakietami, to ile broni już tą drogą przemycono i ile naprawdę wartościowego uzbrojenia trafia do Libanu bezpiecznymi i droższymi trasami przerzutu? Izraelczycy uważają, że główna trasa wiedzie drogą lotniczą z Iranu bezpośrednio do Bejrutu lub do Damaszku, skąd drogą lądową broń trafia do Libanu. W ten sposób Hezbollah prawdopodobnie otrzymał już dużą liczbę kierowanych pocisków przeciwpancernych, nowoczesną broń przeciwlotniczą, rakiety średniego zasięgu, środki łączności, noktowizory i wiele innych, cennych „zabawek”. Hezbollah szybko się zbroi, a po doświadczeniach z 2006r. nie są to dobre wiadomości dla rządu w Jerozolimie.

Wykrycie kontrabandy na pokładzie Francopa nie ograniczy zdolności bojowej Hezbollahu, jednakże jest ważnym propagandowym i symbolicznym zwycięstwem dla Izraela. Dowodzi sprawności wywiadu i armii. Ponadto zawstydza przeciwników i wrogów przekonujących, że państwo żydowskie cierpi przede wszystkim na zbiorową manię prześladowczą. Kilka dni wcześniej ONZ opublikowała raport, z którego wynika, że rząd w Bejrucie nie widzi, aby jakakolwiek broń była przemycana do Libanu. Przechwycenie ładunku na Francopie pokazuje , że warto uważnie słuchać tego, co mówią Izraelczycy twierdzący, że Iran uzbraja i wspiera organizacje terrorystyczne.  Oczywiście Teheran i Damaszek zaprzeczają, jakoby przemyt miał miejsce. Mówią nawet, że historia Francopa jest wytworem „syjonistycznej propagandy”. Przypominają się opowieści „komicznego Alego” zapowiadającego rychłą klęskę Amerykanów w Iraku i chwalebne zwycięstwo Saddama Husajna. Nikomu nie jest jednak do śmiechu, a ilości broni przechodzącej z rąk do rąk źle wróżą przyszłości Bliskiego Wschodu.

00:12, jarkorath , Izrael
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 listopada 2009
Pułapki i szanse frazeologiczne

Terminologia w konflikcie izraelsko – palestyńskim nie tylko daje wyraz spornym interesom i interpretacjom, stanowi pole minowe czyhające na nieumiejętne kroki zewnętrznego obserwatora, lecz także dostarcza nieoczekiwanych rozwiązań. Szczególnie dziennikarze i politycy muszą uważać na słowa nawet, jeżeli tylko coś relacjonują, ponieważ nieświadomie mogą opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu.

Problemem najczęściej spotykanym u dziennikarzy, którzy opisują konflikt bliskowschodni jest znalezienie wyrażenia zastępującego „Izrael”. Pewnym wyjściem jest „państwo żydowskie”, ale to nie wystarcza. A gdyby tak zastosować personifikację stolicy? W końcu każdy nie raz czytał, że Waszyngton coś zrobił, a Moskwa zaniechała, czy na odwrót. Niestety w przypadku Izraela nie jest to takie proste. Wybiegiem najchętniej stosowanym przez polskich dziennikarzy jest stwierdzenie, że Tel-Awiw coś zrobił. Nie dość, że jest to rozwiązanie całkowicie nieprawdziwe, to także w sposób jednoznaczny stronnicze i anty-izraelskie. Tel-Awiw nie jest stolicą państwa żydowskiego. Znajdują się tam prawie wszystkie ambasady, lecz siedziby parlamentu (Knessetu), prezydenta, premiera i prawie wszystkich ministerstw znajdują się w Jerozolimie.

Czy można zatem stwierdzić,  że proces pokojowy prowadzi lub blokuje Jerozolima? Jest to już bliższe prawdy, lecz również stronnicze. Tym razem pro-izraelskie. Po Wojnie Sześciodniowej w 1967r. Izrael anektował wschodnią, arabską część Jerozolimy i ogłosił zjednoczone miasto swoją stolicą. Świat jednak nie zaakceptował tego jednostronnego posunięcia uznając, że los miasta jest kwestią sporną. Palestyńczycy dążą do utworzenia własnego państwa ze stolicą we wschodniej Jerozolimie określanej przez nich jako Al Quds.  Z tego powodu Izraelczycy są wdzięczni każdemu, kto uznaje miasto za stolicę ich państwa. Gdy brakuje słów i nie chcemy po raz setny powtarzać Izrael, izraelski, Izraelczycy można użyć wyrażenia „rząd w Jerozolimie”. Jest to zgodne ze stanem faktycznym i pozwala uniknąć zarzutu opowiadania się po jednej ze stron sporu.

Różnica pomiędzy hebrajskim Jerushalaim a arabskim Al Quds podsunęła w połowie lat dziewięćdziesiątych pomysł na rozstrzygnięcie sporu o miasto. Izraelczycy chcą, aby całe, zjednoczone miasto Jerushalaim zostało uznane za ich stolicę. Palestyńczycy za swoją przyszłą stolicę uważają Al Quds. Kilku izraelskich i palestyńskich intelektualistów wpadło na pomysł zbudowania siedziby władz palestyńskiego państwa w dzielnicy, a raczej arabskiej wiosce Abu Dis. Dla Palestyńczyków jest to część Al Quds, więc spełnia ich kryterium. Dla większości Izraelczyków jest to odległa i wroga arabska wioska, bez której zjednoczona Jerozolima świetnie by sobie poradziła. Pomysł wydawał się prosty, a co ważniejsze, możliwy do „sprzedania” obu społeczeństwom. Niestety przez ostatnich kilkanaście lat w większości prawicowe, izraelskie rządy systematycznie rozbudowują żydowskie osiedla wokół Jerozolimy, odcinając arabskie wioski na peryferiach miasta od reszty Zachodniego Brzegu Jordanu. Co więcej, żydowscy osadnicy wykupują nieruchomości w tych miejscowościach, co praktycznie zniweczyło szansę na zrealizowanie tego pomysłu.

Kolejnym przykładem nowatorskiego podejścia do terminologii jest nazwa głowy Autonomii Palestyńskiej.  W preambule do angielskiego, wiążącego tekstu porozumienia podpisanego w Waszyngtonie przez Icchaka Rabina i Jasera Arafata 28 września 1995r. czytamy:

Uznając, że celem negocjacji izraelsko-palestyńskich w ramach bieżącego procesu pokojowego jest, m.in., ustanowienie Palestyńskiego Tymczasowego Samorządu Autonomicznego, tzn. wybranej Rady (…) i wybranego Ra’eesa Władzy Wykonawczej dla narodu palestyńskiego na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy (…)

Próżno szukać słowa Ra’ees w jakimkolwiek słowniku języka angielskiego. Jest to bardzo sprytny sposób ominięcia kwestii spornej. Palestyńczykom zależało, aby na czele Autonomii stanął „Prezydent” (President), którego mogliby uważać za symbol państwowości. Izrael uważa, że kwestia niepodległości z jej symbolami jest tematem rozmów, dlatego wolą, aby głową Autonomii był „Przewodniczący” (Chairman). Rozwiązanie zaczerpnięto z języka arabskiego, w którym słowo „ra’ees” oznacza głowę organizacji, więc zarówno może to być prezydent jak i przewodniczący. Na potrzeby porozumienia waszyngtońskiego było to świetne rozwiązanie.  Jest ono jednak kolejną, frazeologiczną pułapką na dziennikarzy. Określenie Mahmouda Abbasa, a wcześniej Jasera Arafata prezydentem czy przewodniczącym zdradza sympatie reportera lub dowodzi braku rozeznania. Bezpieczniej jest więc mówić o palestyńskim przywódczy czy liderze autonomii. „Rais Autonomii Palestyńskiej” będzie co prawda określeniem zgodnym z literą porozumień, ale całkowicie niezrozumiałym.

W ten sposób język staje się sposobem na obchodzenie problemów czy obniżanie napięcia wokół kwestii spornych. Niestety zbyt rzadko jest w tym celu wykorzystywany. Najczęściej pada ofiarą dyletantów nieświadomych tego, że są wykorzystywani przez strony konfliktu sprytnie zastawiające frazeologiczne wnyki lub po prostu staje się bronią w kolejnych „wojnach na słowa” stanowiących wstęp do rozlewu krwi.

20:48, jarkorath , Izrael
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009
Pamiętajmy o Iranie

Iran nie daje o sobie zapomnieć czy to za sprawą wewnętrznych niepokojów i zamachów, czy nieustającego sporu wokół programu nuklearnego. Warto bacznie przyglądać się tej części świata, bo chcąc nie chcą, nas też to dotyczy.

W samobójczym zamachu bombowym w prowincji Sistan-Baluchistan zginęło ponad 40 osób, w tym sześciu wysokich oficerów Gwardii Rewolucyjnej na czele z generałem Noorem Ali Shooshtarim. Jest to najpoważniejszy cios zadany formacji uważanej za podporę reżimy Ajatollahów od przeszło 20 lat. Teheran tradycyjnie oskarżył Zachód, a przede wszystkim Wielką Brytanię, o terroryzm. Jest to twierdzenie skierowane głównie na użytek wewnętrzny. Jego zadaniem jest odwrócenie uwagi od rzeczywistego problemu mniejszości sunickiej w południowo wschodniej części Iranu. Baluchowie mieszkający w pobliżu granicy z Pakistanem od lat oskarżają szyitów o prześladowania. Z ich szeregów rekrutują się członkowie Armii Boga (Jundallah), sunickiej organizacji terrorystycznej organizującej zamachy na przedstawicieli reżimu i żołnierzy irańskiej armii. W maju tego roku członkowie Junallah wzięli odpowiedzialność za zamach bombowy w szyickim meczecie w Zahedanie, stolicy prowincji. W ataku życie straciło 25 osób. Teheran bezpardonowo ukarał winnych. Trzynastu członków Armii Boga został powieszonych. Nie ma wątpliwości, że tym razem kary będą nie mniej drakońskie. Należy się spodziewać również represji wobec sunickiej mniejszości.

Niepokoje w Baluchistanie pokazują, że Iran nie jest monolitem, który chciałby prezentować prezydent Ahmadinedżad. Konflikty religijne i etniczne nękają ten kraj w stopniu nie mniejszym niż inne państwa regionu. Oczywiście trudno pochwalać brutalne metody stosowane przez reżim i gwałcenie praw człowieka, nie mniej warto pamiętać, że ostatnią rzeczą, jaką w tej chwili moglibyśmy sobie życzyć, jest destabilizacja Iranu. Wystarczy, że sąsiedzi tego wielkiego i potencjalnie potężnego kraju mają problemy. Wojna w Iraku nadal trwa, nie wspominając o Afganistanie. Pakistan walczy ze swoimi ekstremistami i niekoniecznie wyraźnie wygrywa.

Tymczasem Iran nie przerywa prac nad swoim programem nuklearnym. Ali Shirzadian, rzecznik prasowy Irańskiej Organizacji Energii Atomowej powiedział, że jego kraj nie przerwie wzbogacania uranu, jeżeli wyniki rozmów z Międzynarodową Organizacją Energii Atomowej nie przyniosą rezultatów zadowalających Teheran. Zachód oferuje Iranowi rozwiązanie pozwalające produkować energię jądrową bez możliwości zbudowania broni nuklearnej. Teheran stosuje politykę pozwalającą zyskać na czasie rozumiejąc, że prawdopodobieństwo szybkiego obłożenia kraju skutecznymi sankcjami przez społeczność międzynarodową jest znikome. Także w tym kontekście warto zastanowić się, czy pogłębianie sporu z Iranem ma sens. Jest to pytanie o mniejsze zło. Co jest gorsze, Iran z bronią nuklearną, czy całkowicie zdestabilizowany region, w którym Zachód jest już militarnie uwikłany? Możliwy jest także czarny scenariusz, czyli destabilizacja Iranu, który i tak broń nuklearną wyprodukuje.

My również nie powinniśmy zapominać o Iranie nawet, jeżeli z perspektywy Polski jest to kraj odległy i egzotyczny. Po pierwsze, mamy już żołnierzy w tamtej części świata. Po drugiej, konsekwencje gospodarcze dalszej destabilizacji Bliskiego Wschodu nas również dotkną. Po trzecie, w przypadku militarnej eskalacji, należymy do organizacji międzynarodowych, które byłyby potencjalnymi celami ataków. Po czwarte, chcąc nie chcąc uczestniczymy w globalnej grze, co choćby pokazał przykład tarczy antyrakietowej. Co prawda jesteśmy pionkiem, ale na szachownicy stoimy. Nawet, jeśli nasz wpływ na to co się dzieje jest minimalny, warto oderwać się choć na chwilę od własnej, trochę śmiesznej i trochę strasznej polityki, żeby rozejrzeć się wokół.

12:03, jarkorath , Iran
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 października 2009
Co dalej z Iranem?

Iranowi udało się odnieść kolejny sukces na drodze do uzyskania statusu potęgi nuklearnej. Odrzucając „politykę miłości” w wydaniu Baracka Obamy Teheran wywołał chaos w polityce międzynarodowej. Reżim Ajatollahów znowu zyskał na czasie. Prace nad wzbogaceniem uranu idą pełną parą. Nadeszła już chyba pora, żeby zastanowić się, co zrobić z Iranem uzbrojonym w broń atomową.

Nowe, dyplomatyczne otwarcie obiecywane przez Amerykanów stanowiło nie mniejsze zagrożenie dla nuklearnych ambicji Teheranu, co groźba ataku z powietrza. Reżim Ajatollahów wykorzystuje kontrowersyjnego prezydenta Ahmadinedżada i skutecznie torpeduje bądź przeciąga wszelkie próby dialogu, których skutkiem mogłoby być wstrzymanie prac. Jasne jest, że Iran dobrowolnie ze swoich ambicji nie zrezygnuje. Pierwszą rzeczą, jaka w tej sytuacji przychodzi do głowy są sankcje gospodarcze. Niewiele wskazuje jednak na to, aby Amerykanie zdołali zbudować międzynarodową koalicję gotową do obłożenia Teheranu skutecznymi restrykcjami. Chińczycy spokojnie, z daleka, obserwują rozgrywkę i zapewne kalkulują możliwe zyski. Podobnie postępują Rosjanie. Co prawda Kreml wyraża zaniepokojenie czy nawet wzburzenie, a równocześnie wysyła sprzeczne sygnały. Zakłopotanie Waszyngtonu działa na jego korzyść. Wypowiedzi przedstawicieli administracji Baracka Obamy, którzy sugerują nałożenie na Iran jednostronnych sankcji mogą wywoływać w Rosji jedynie uśmiechy satysfakcji. Każde takie posunięcie nie tyle izoluje Teheran, co pozostawia Kremlowi pole manewru i pozwala odzyskać wpływy na Bliskim Wschodzie utracone wraz z rozpadem Związku Radzieckiego. Iran nie pozostaje bierny. Szuka sojuszników na całym świecie. Należy do nich prezydent Wenezueli - Chavez, który porozumiał się z prezydentem Ahmadinedżadem w sprawie poszukiwania złóż uranu.

W zanadrzu pozostaje, co prawda, opcja militarna, ale na ile jest ona realistyczna? Od jakiegoś czasu Iran pręży muskuły raz za razem, demonstrując nowe typy rakiet różnego zasięgu. Nie przypadkiem jedna z tych prób odbyła się w przeddzień żydowskiego święta Yom Kippur. Potencjalnych celem pocisków balistycznych ma być Izrael, lecz także amerykańskie bazy na Bliskim Wschodzie. Z kolei z Ameryki nadchodzą doniesienia o przyspieszeniu budowy nowych bomb do burzenia bunkrów. Ale czy coś z tego wynika? Pojawił się pomysł, aby w ramach zwiększania nacisków zniszczyć tylko jeden, irański kompleks nuklearny. To miałoby stanowić „już na prawdę ostatnie" ostrzeżenie. Nie wydaje się to jednak dobrym pomysłem. Po pierwsze oznaczałoby oddanie inicjatywy Teheranowi. Eskalacja konfliktu zależałaby już tylko od decyzji Iranu. Reżim Ajatollahów mógłby wybrać dogodną dla siebie arenę dalszych zmagań dyplomatycznych czy też militarnych. Oddanie inicjatywy w ręce wroga nigdy nie jest dobrym posunięciem.

Zmasowana, wielodniowa kampania byłaby rozwiązaniem jeszcze gorszym. Po pierwsze, lista celów jest długa. Nie wiadomo ile jeszcze nierozpoznanych ośrodków nuklearnych znajduje się w Iranie, skoro dopiero ostatnio ujawniono kolejny, ukryty głęboko pod górą koło miasta Qom. Nie ma także gwarancji, że naloty byłyby skuteczne. Iran od lat rozbudowuje obronę przeciwlotniczą, żeby wspomnieć tylko o 29 rosyjskich systemach TOR-M1 i próbach pozyskania rakiet S-300. Oczywiście Izraelczycy twierdzą, że są gotowi do przeprowadzenia takiej operacji, jednakże trudno sobie wyobrazić, aby mogli to zrobić przynajmniej bez milczącej zgody Amerykanów kontrolujących przestrzeń powietrzną Iraku i nad Zatoką Perską. Nawet, gdyby Stany Zjednoczone nie przeszkadzały (trudno wyobrazić sobie, aby amerykańscy piloci zaczęli strzelać do swoich izraelskich kolegów w obronie irańskich instalacji nuklearnych, jak sugerował to ostatnio prof. Zbigniew Brzeziński), to logistyczne wyzwania związane z taką kampanią byłyby ogromne. Nie jest to tylko kwestia precyzyjnego wyznaczenia i zniszczenia ufortyfikowanych celów, lecz także zatankowania w locie setek maszyn, czy zorganizowania akcji ratunkowych dla zestrzelonych pilotów. Prawdopodobnie niewiele zmieni tu przyspieszenie dostawy do Izraela dwóch kolejnych okrętów podwodnych krasy Dolphin.

Zaatakowany Iran nie pozostałby bierny. W zależności od skali konfliktu oznaczałoby to destabilizację regionu a także możliwość prowadzenia ataków terrorystycznych na całym świecie. W przeszłości powiązany z Iranem Hezbollah pokazał, że ma możliwości atakowania izraelskich celów nawet w Ameryce Południowej. Śmiało można zakładać, że przez lata narastającego napięcia wokół Iranu w wielu krajach powstały ukryte komórki terrorystyczne gotowe do działania na wypadek konfliktu. Iran dysponuje także bronią ekonomiczną. Stosunkowo niewielkim nakładem sił może zablokować Cieśninę Ormuz. Płynie tamtędy 20% światowego wydobycia roby naftowej. Ruch tankowców w przesmyku o szerokości 54 km mogą zakłócić szybkie łodzie motorowe czy wystrzeliwane z wybrzeża rakiety Silkworm. W 2006r. produkowany w Iranie pocisk poważnie uszkodził izraelską korwetę u wybrzeży Libanu. Tankowce są dużo łatwiejszym celem. W dobie globalnego kryzysu jest to groźba, której nie można lekceważyć.

Wszystko to powoduje, że należy sobie zadać zasadnicze pytanie: czy naprawdę warto spierać się z Iranem? Co strasznego się stanie, jeśli Teheran uzyska broń nuklearną? Bliski koniec świata wieszczono, gdyby broń atomowa trafiła w ręce muzułmanów. Tymczasem Pakistan zbudował, przetestował bombę i nie skończyło się to wojną nuklearną z Indiami. Z pewnością Iran również nie zacznie strzelać rakietami nuklearnymi, bo u podstaw nuklearnej doktryny militarnej leży fakt jej posiadania i groźba użycia, a nie samo użycie. Niech nikogo nie zmylą też "barwne" wypowiedzi prezydenta Ahmadinedżada. To religijni przywódcy i nie on rządzi w Iranie. Prowadzona przez nich polityka jest bardziej racjonalna, niż wielu polityków na zachodzie jest skłonnych przyznać. Zresztą, większe zagrożenie dla świata stwarza broń nuklearna w niestabilnym Pakistanie. Może, że nadszedł już czas, aby pogodzić się z faktem, iż klub mocarstw nuklearnych przestaje być bardzo elitarny. Dołączają do niego nowe kraje, a ich przywódcy wygłaszają poglądy, których nie jest nam miło ani łatwo słuchać. Największe wyzwanie stawia to przed Izraelem, lecz może państwo żydowskie również mogłoby zacząć szukać dla siebie miejsca w regionie w inny sposób, niż na drodze militarnej dominacji?

21:10, jarkorath , Iran
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 września 2009
No, you can't

Przykro jest patrzeć, jak w niwecz obracają się podejmowane przez Baraka Obamę próby zmiany sytuacji na Bliskim Wschodzie. Jak na razie starania mające na celu wskrzeszenie procesu pokojowego i rozpoczęcie dialogu z Iranem nie przynoszą rezultatów.

Po miesiącach negocjacji i nacisków premier Izraela Beniamin Netaniachu i palestyński przywódca Mahmud Abbas spotkali się z prezydentem Obamą. Jedynym, wymiernym skutkiem szczytu było wspólne zdjęcie. Amerykanie wyraźnie tracą cierpliwość. Jedyne, co Barak Obama mógł zrobić, to wygłosić połajankę domagając się poważnego traktowania bliskowschodniego procesu pokojowego. Zażądał, aby izraelscy i palestyńscy negocjatorzy rozpoczęli rzeczowe rozmowy nad rozwiązaniem konfliktu. Nic nie wskazuje na to, aby którakolwiek ze stron mogła czy chciała potraktować to poważnie.

Palestyńska polityka pogrążona jest w chaosie. Niewiele zmienił niedawny kongres Fatahu, największej partii politycznej w Autonomii, który upoważnił Abbasa do prowadzenia rokowań. Palestyńczycy przede wszystkim zaangażowani są w wewnętrzne rozgrywki, a w szczególności w spór z Hamasem kontrolującym Strefę Gazy. Nikt nie jest skłonny do podejmowania istotnych decyzji nie mówiąc już o późniejszym wprowadzeniu ich w życie.

Z kolei Izraelczycy nie rezygnują  z polityki faktów dokonanych. Stosując uniki wobec Amerykanów rozbudowują żydowskie osiedla na Zachodnim Brzegu Jordanu. Rząd Beniamina Netaniahu nie zamierza zamrozić osadnictwa ani rozmawiać o daleko idących kompromisach w sprawach tak istotnych, jak los palestyńskich uchodźców czy przyszłość Jerozolimy.

Równie źle dla Baraka Obamy układają się stosunki z Iranem. Waszyngton miał nadzieje na nowe otwarcie i dialog z Teheranem w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Wobec nieprzejednanej postawy reżimu Ajatollahów Amerykanie zdecydowali się na ostry zwrot w polityce. Obecny wariant zakłada wymuszenie ustępstw i uniemożliwienie Iranowi zbudowania broni nuklearnej. W tym celu Barak Obama poinformował o uruchomieniu przez Teheran nowego ośrodka wzbogacania uranu. Instalacja ta może znacząco skrócić czas, jaki Irańczycy potrzebują na wyprodukowanie bomby.

Rysując wyraźne zagrożenie, Amerykanie chcą zbudować międzynarodową koalicję popierającą zaostrzenie sankcji wobec Teheranu. Rosjanie i Chińczycy nie mogą zostać obojętni wobec tych argumentów, a bez ich wsparcia sankcji nie uda się przeforsować. Oczywiście od zgoda na naciski a ich rzeczywiste wprowadzenie to dwie różne rzeczy. Najpierw należy uzgodnić  charakter restrykcji, a następnie mechanizm egzekucji. Irańczycy świetnie zdają sobie z tego sprawę. Wiedzą też, że mało prawdopodobne, aby nowe sankcje zostały wyposażone w „zęby" konieczne do ich egzekwowania. Dzięki temu zyskują na czasie, który wykorzystują nie tylko na realizację programu nuklearnego, lecz także na doskonalenie technologii rakietowej i budowę własnej koalicji skierowanej przede wszystkim przeciwko Izraelowi.

Rząd w Jerozolimie doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że upływające miesiące działają na jego niekorzyść. Izraelczycy od dawna przekonywali Amerykanów, że próby dialogu z Iranem niczego nie zmienią i  namawiali do bardziej stanowczej polityki. Od lat opracowują także plany zniszczenia irańskich instalacji. Otwarte oczywiście pozostaje pytanie, kiedy uznają, że ryzyko bezpośredniej konfrontacji jest mniejsze od zagrożenia ze strony prezydenta Ahmadinedżada dysponującego bombą atomową.  Rozumiejąc regionalne i globalne reperkusje kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie dadzą czas społeczności międzynarodowej na wprowadzenie sankcji. Będą jednak bacznie śledzić kolejne posunięcia prezydenta Obamy, który zapewne zdał już sobie sprawę, że pomimo najszczerszych chęci, niewiele może zmienić na Bliskim Wschodzie.

19:32, jarkorath
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 września 2009
Lepiej oni, niż my

Komisja ONZ pod przewodnictwem południowoafrykańskiego sędziego Richarda Goldstona oskarżyła Izrael i Hamas o łamanie praw człowieka i zbrodnie przeciwko ludzkości, podczas walk w Strefie Gazy na początku roku. Po raz kolejny świat oburza się z powodu brutalności wojny i po raz kolejny nie ma to najmniejszego znaczenia.

Zdaniem Goldstona obie strony konfliktu łamały prawa wojny. Hamas wykorzystywał tereny zamieszkałe przez cywilów i ostrzeliwał rakietami izraelskie miejscowości. Z kolei Izraelczycy bombardowali tereny gęsto zaludnione, niszczyli cywilną infrastrukturę, używali zabronionych rodzajów broni. Lista przewinień jest długa. Pojawiły się także oskarżenia o wykorzystywanie żywych tarcz. Podsumowując: w konflikcie, który kosztował życie ponad 1400 Palestyńczyków i 13 Izraelczyków, żadna ze stron nie poprzejmowała się losem ludności cywilnej ani tym, jak Strefa Gazy będzie wyglądać po zakończeniu walk.

Hamas, który umożliwił pracę członkom komisji, nie przejmuje się oskarżeniami.  Co złego może jeszcze spotkać organizację, która panuje na terenie objętym blokadą i bojkotowana jest przez resztę świata? Prawa człowieka są też ostatnią rzeczą, jaką przejmują się organizacje terrorystyczne.

Sprawa jest bardziej złożona, w przypadku Izraela, a więc kraju demokratycznego, członka ONZ.  Rząd Beniamina Netaniahu odmówił współpracy z Komisją Goldstona, a teraz odrzuca jej wnioski  twierdząc, że jej działania były jednostronne i wymierzone przeciwko państwu żydowskiemu. Rząd w Jerozolimie planuje międzynarodową kampanię w celu zapobieżenia dyskusji na forum ONZ, czy próbom pociągnięcia do odpowiedzialności oficerów i polityków oskarżanych o zbrodnie wojenne.

Nie jest to pierwszy, ani najprawdopodobniej ostatni przypadek, gdy postępowanie Izraelczyków spotyka się z ostrą krytyką społeczności międzynarodowej. Państwo żydowskie jest, na przykład, rekordzistą pod względem ignorowanych uchwał i rezolucji podejmowanych na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie wynika to jednak ani z rządzy krwi, jak tłumaczą to zdeklarowani wrogowie Izraela, ani skłonności do izolacjonizmu (wielkim marzeniem Izraelczyków jest bycie „normalnym”, powszechnie uznawanym członkiem społeczności międzynarodowej). Przyczyną jest jasno określony priorytet: konieczność zapewnienia bezpieczeństwa własnym obywatelom niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie.

Izraelczycy wyciągnęli jeden, podstawowy wniosek z tragicznej historii narodu żydowskiego i konieczności walki o przetrwanie na Bliskim Wschodzie: jedyną rzeczą, która rzeczywiście się liczy jest własne życie. Wszystko inne jest wtórne. Zasada ta leży u podstawy determinacji, z jaką budowano państwo oraz podejmowano jednostronne działania mające, niekiedy wbrew reszcie świata, zapewnić bezpieczeństwo jego obywatelom – cywilom i żołnierzom. Konieczność zapewnienia bezpieczeństwa leżała u podstaw programu nuklearnego czy pierwotnej idei osadnictwa na terytoriach okupowanych. Jest ona także fundamentem działań izraelskiej armii - od poziomu strategicznego aż po procedury taktyczne.

Działania Izraelczyków w Strefie Gazy były skutkiem wniosków, jakie wyciągnęli z nieudanych operacji w Libanie dwa lata wcześniej i powrotem do ich klasycznej doktryny - najpierw zróbmy to, co konieczne dla wygrania wojny, a później zastanowimy się nad drobnymi niedogodnościami, takimi jak opinia światowa. Stąd też zmasowane użycie lotnictwa czy  siła ognia, która w pył rozniosła linie obrony Hamasu, zapewniając minimalne straty wśród izraelskich żołnierzy i praktycznie zakończyła ostrzał miast na południu kraju. Po zakończeniu walk prokuratorzy wojskowi zajęli się przypadkami naruszania prawa przez indywidualnych żołnierzy, takimi jak: wandalizm, niepotrzebne okrucieństwo, kradzieże, itp. Zdecydowana większość Izraelczyków nie ma jednak wątpliwości, że postąpili słusznie każąc Palestyńczykom płacić cenę za własne bezpieczeństwo.  Przeżyją (dosłownie i w przenośni) to, że świat może tego nie zrozumieć.

 

14:27, jarkorath , Izrael
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 września 2009
Rakiety na wiwat

W piątek 11 września przynajmniej dwie rakiety wystrzelone z terytorium Libanu eksplodowały w Izraelu. Izraelczycy odpowiedzieli ostrzałem artyleryjski. Nikomu nic się nie stało, lecz ten niegroźny z pozoru incydent podkreśla chaos i stan wiecznego kryzysu, w jakim znajduje się Liban i nieustannie wiszące nad pograniczem ryzyko konfliktu.

Nie ma wątpliwości, że atak był jedynie próbą „uczczenia” zamachów z 11 września 2001r. Izraelska armia odpowiedziała kilkunastoma pociskami artyleryjskimi i oficjalną skargą do UNIFILu, czyli sił rozjemczych stacjonujących w południowym Libanie. Teoretycznie błękitne hełmy i libańska armia kontrolują tereny od rzeki Litani, na południe, w kierunku granicy z państwem żydowskim. W praktyce są to jednak tereny Hezbollahu. Co prawda od wojny w 2006r. szyici nie organizują już patroli granicznych i ukrywają swoją obecność, nie mniej w dużej mierze odbudowali swoje fortyfikacje, zapasy broni i siły, na wypadek kolejnego konfliktu z Izraelem.

Szansą na pewną stabilizację była propozycja utworzenia nowego, koalicyjnego rządu przez kojarzonego z zachodem, chrześcijańskiego polityka Saada Haririego. Syn zamordowanego w 1998r. premiera  Rafika Haririego zaoferował Hezbollahowi 10 miejsc w 30 osobowym gabinecie. Nazwał nawet Izrael „wrogiem Libanu”, co było wyraźnym ukłonem w kierunku szyitów, których lider, Hassan Nasrallah argumentuje potrzebę utrzymywania uzbrojonej po zęby milicji koniecznością stawiania oporu „syjonistycznemu najeźdźcy” – pomijając fakt, że Izrael od 2000r. nie okupuje już Libanu.

W ostatniej chwili Hezbollah wycofał poparcie dla rządu, co zmusiło Haririego do rezygnacji, przynajmniej tymczasowo, z prób utworzenia gabinetu. Odrzucenie przez Nasrallah propozycji korzystnej dla kraju i szyickiej organizacji, która odniosła porażkę w ostatnich wyborach, staje się zrozumiałe dopiero w szerszym kontekście. Hezbollah nie jest organizacją niezależną. Ugrupowanie to jest militarnie i finansowo uzależnione od Iranu, a pośrednio także Syrii. Bez wsparcia Teheranu i Damaszku Hezbollah nie tylko  nie mógłby tworzyć dobrze wyszkolonej i świetnie wyposażonej milicji zdolnej przeciwstawić się Izraelowi, lecz także straciłby źródła finansowania dla niezależnej od rządu w Bejrucie sieci szkół, klinik czy opieki społecznej. Wejście do rządu oznaczałoby formalne wzięcie odpowiedzialności za kraj, a co za tym idzie, konieczność ustabilizowania sytuacji na południu. Tymczasem ceną, jaką szyici płacą za finansowanie swojego „państwa w państwie” jest konieczność utrzymywania stanu ciągłego kryzysu na pograniczu z Izraelem.

Powszechnie uważa się, że w przypadku izraelskiego ataku na irańskie instalacje nuklearne, Liban odegra rolę drugiego frontu. W tym celu Hezbollah w ciągu ostatnich dwóch lat zgromadził arsenał ok. 40 tysięcy rakiet (w 2006r. było ich "tylko” 12 tysięcy), nowoczesną broń przeciwpancerną oraz stworzył system komunikacji i obrony przeciwlotniczej. Rachunki pokrywa Teheran zapewniając również szkolenia w Iranie i instruktorów wywodzących się z szeregów Gwardii Rewolucyjnej. Izraelscy wojskowi wskazują na wzrost napięcia na pograniczu i prowadzą swoje przygotowania. Liban raz jeszcze staje się polem rozgrywki toczonej przez inne kraje, a decyzja o otwarciu ognia zostanie podjęta z dala od Bejrutu.

17:04, jarkorath , Liban
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 września 2009
Klątwa koncepcji

Jednym z grzechów, których skutki Izrael boleśnie odczuł w przeszłości, była nadmierna pewność siebie.  Brzmiące po polsku, hebrajskie słowo „koncepcja” stało się synonimem tragicznego w skutkach zaślepienia. Chwila otrzeźwienia przyszła wraz z wybuchem Wojny Yom Kippur w 1973r. Wiele wskazuje na to, że tamta, bolesna lekcja poszła w zapomnienie, a państwo żydowskie powtarza dawne błędy.

Po oszałamiającym zwycięstwie w Wojnie Sześciodniowej w 1967r. Izraelczycy uważali się za niezwyciężonych. Uznali też, że państwa arabskie są niezdolne do działań, które mogłoby w jakikolwiek sposób zagrozić ich dominacji w regionie. Założenia te określane mianem „koncepcji” legły u podstaw polityki  w latach poprzedzających Wojnę Yom Kippur. Konflikt 1973r. był szokiem dla Izraelczyków. Tysiące żołnierzy życiem i zdrowiem zapłaciły za obalenie „koncepcji”.  Skończyły się także dekady dominacji lewicy, która w wyborach w 1977r. po raz pierwszy utraciła władzę na rzecz prawicy pod wodzą Beniamina Begina.

Wydaje się, że przeszło trzy dekady później lekcja poszła w zapomnienie. Od ponad dziesięciu lat kolejne, często zmieniające się, izraelskie rządy demonstrują pewność siebie, z którą politycy pozwalają sobie na pogrążanie państwa w seks-aferach, skandalach korupcyjnych i kłótniach ignorując sygnały ostrzegawcze i rozwiązania inne, niż rutynowe użycie siły, a przekonanie o własnej słuszności uniemożliwia dążenie do kompromisu. W chwili obecnej w izraelskiej polityce praktycznie nie istnieje licząca się lewica, a prawica jest święcie przekonana, że po pierwsze, Palestyńczycy nie są wiarygodnym partnerem do rozmów, a po drugie, dialog jest bezprzedmiotowy, gdyż terytoria okupowane należą się Izraelowi z woli Boga, jako historyczne dziedzictwo lub z konieczność zapewnienia bezpieczeństwa państwu.

Obok przekonanie o własnej słuszności, wyznacznikiem pewności siebie jest zaufanie sprawdzonych rozwiązań. W przypadku Izraela są to jednostronne działania siłowe. W pierwszych latach istnienia państwo żydowskie przede wszystkim zwyciężało dzięki inteligencji i umiejętności nieszablonowego myślenia. Od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku zdolność adaptacji zastąpiła siła ognia. Nie jest przy tym istotne, że głównym przeciwnikiem byli niewyszkoleni i praktycznie nieuzbrojeni Palestyńczycy. Politycy i prasa pielęgnują mit zmagania się z przeważającym, bezlitosnym wrogiem. Nieliczni eksperci wojskowi zwracali uwagę na nadmierną wiarę w technologię i obniżające się standardy szkolenia. Niewątpliwym znakiem ostrzegawczym była Druga Wojna Libańska w 2006r. Rząd Ehuda Olmerta ruszył w bój stawiając armii nierealne cele, w tym całkowite zniszczenie Hezbolahu. Euforia poniosła także wojskowych. Szef sztabu generalnego wywodzący się z lotnictwa uważał, że bombardowaniem wygra wojnę. Generałowie wysyłali niewielkie oddziały przeciwko ufortyfikowanym pozycjom Hezbollahu. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpotężniejsza armia w regionie przez miesiąc nie zdołała zmusić do uległości świetnie wyszkolonej, lecz nielicznej organizacji.

Armia bardzo poważnie potraktowała niedociągnięcia i wdrożyła zmiany, których następstwem był sukces operacji Płynny Ołów w Strefie Gazy. Izraelczycy ponownie pogrążyli się w samozadowoleniu nie biorąc pod uwagę, że Hamas nigdy nie był równym przeciwnikiem. Lekcje Drugiej Wojny Libańskiej i powtarzających się konfliktów z Palestyńczykami nie przełożyły się na dyskusję polityczną o kierunkach rozwoju państwa. Izraelczycy zadowalają się jednostronnymi działaniami, które mają określić przyszłość terytoriów, w tym budową mury i kolonizacją Zachodniego Brzegu Jordanu. Przy braku dialogu stosowane są wyłącznie rozwiązania siłowe: setki punktów kontrolnych, blokady dróg, codzienne aresztowania oraz blokada Strefy Gazy.

Nadmierne zaufanie do rozwiązań siłowych przekłada się także na dążenie do wymuszenia na Iranie, militarnie lub sankcjami, rezygnacji z programu nuklearnego.  Skutkiem tej postawy jest absolutna niechęć do słuchania głosów z zewnątrz. Bliscy współpracownicy prezydenta Obamy usiłujący doprowadzić do wznowienia bliskowschodniego procesu pokojowego są obrzucani epitetami, a amerykański prezydent traci zaufanie Izraelczyków. Zagraniczni politycy, prasa czy organizacje międzynarodowe krytykujące działania państwa żydowskiego spotykają się z zarzutem wrogości lub wręcz antysemityzmu. Nowa „koncepcja,” zgodnie  z którą tylko Izraelczycy rozumieją co się dzieje w regionie  i tylko oni mają prawo oraz możliwości wytyczenia przyszłości Biskiego Wschodu staje się murem oddzielającym państwo żydowskie nie tylko od państwa arabskich, lecz także od reszty świata. Należy mieć nadzieję, że opamiętanie nadejdzie szybciej i będzie mniej bolesne, niż cena zapłacona w październiku 1973r.

19:39, jarkorath , Izrael
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6